Strach w sporcie długodystansowym

Przebiegłam ostatnio kolejny półmaraton. Byłam przekonana, że tym razem o psychikę nie muszę się wcale martwić. I jak to w życiu bywa – znowu się pomyliłam.

Kiedy wszystko inne w końcu szło gładko, mental okazał się moim najsłabszym punktem. To odkrycie skłoniło mnie do dalszego zgłębienia tematu barier psychicznych. Tym razem w sporcie.

Bo jak się okazuje, możesz myśleć co chcesz kiedy jest łatwo – to dopiero podczas ostatecznego testu wychodzą na wierzch nasze słabości.


Czego mogą się bać sportowcy

Nie musisz być atletą rangi narodowej, żeby korzystać z dobroci płynących z aktywności fizycznej. Każdy z nas może jednak podejść do tematu trochę inaczej.

Dla jednych sport to czysta rekreacja i zabawa, dla innych natomiast to „sprawdzenie się” jest jednym z głównych źródeł motywacji do treningu. I do tej drugiej grupy kieruję ten wpis.

Dlaczego, kiedy już nadejdzie ten długo wyczekiwany moment zawodów, nagle potrafimy tak bardzo zwątpić we własne umiejętności?

– Zabrakło nam sekund, aby osiągnąć wyznaczony cel na ponad godzinnym dystansie?

– Zabrakło nam wiary, aby dobiec bądź dojechać do końca i poddaliśmy się tak niedaleko od mety?

– Już po pierwszych kilometrach zwątpiliśmy, że utrzymamy założone tempo i wysiłek na całej trasie?

– Wyprzedzający nas zawodnicy sprawili, że poddaliśmy grę, bo może uda się „następnym razem”?

Sportowcy.

Kibice widzą ich na starcie. Wysportowanych, rozgrzanych, gotowych do działania. Ostatnie o co można ich podejrzewać w tym momencie to strach, czy dadzą radę. A jednak niewytrenowany mental potrafi przynieść więcej rozczarowania, niż się wydaje.


Obawa przed porażką

„Jeżeli nie dowiozę dziś mojego celu, to cała praca pójdzie na nic. Zawiodę siebie i bliskich.”

Uzależnianie swojej wartości od wyników w sporcie prowadzi bezpośrednio do nałożenia na siebie dodatkowej presji jeszcze przed startem.

Rozgraniczenie własnej tożsamości od wyniku zawodów jest pierwszym krokiem do pozbycia się tego lęku. Jeżeli dam z siebie wszystko, a rezultat będzie gorszy od założonego – mogę przeanalizować, co poprawić następnym razem. Tak wygląda proces nauki w praktyce.

Nie jesteś przez to gorszą osobą. Nawet jeśli czujesz niedosyt i masz do siebie zastrzeżenia.

Nie zawsze musi się udać za pierwszym czy drugim razem, chociaż to naturalne, że towarzyszy temu rozczarowanie. Oczywiście chcielibyśmy, żeby było inaczej – dużo lepiej jest sięgnąć po nowy rekord i gratyfikację. Chodzi przecież o to, aby na koniec dnia poczuć się zwycięzcą.

Popełnione błędy nie przekreślają jednak pracy włożonej w przygotowania. Wykonany trening jest dowodem na to, że potrafisz być systematyczny i zdyscyplinowany. Zwłaszcza kiedy praca robi się nudna i nieprzyjemna. To z kolei rozwija charakter i przydaje się w wielu obszarach życia, bez względu na wynik sportowy danego dnia.


Strach przed poddaniem się

„Jeżeli narzucę sobie szybkie tempo, to wysiłek będzie za duży i nie dotrwam do mety. Bezpieczniej jest zwolnić, żeby na pewno wystarczyło sił, bo jak się poddam to będzie wstyd.”

Zwiększony wysiłek jest odbierany przez mózg jako zagrożenie. W konsekwencji w głowie pojawia się wyolbrzymiona wizja kryzysu, któremu trzeba natychmiast zapobiec.

Osobiście jest to mój największy mentalny hamulec podczas biegu i temu tematowi poświęcam najwięcej czasu w przygotowaniach. Metodą wyjściową do zaradzenia tym obawom jest skupienie się na tu i teraz – czyli myślenie tunelowe. Naturalnie przy założeniu, że nie wybraliśmy zbyt ambitnego celu – wtedy tak czy inaczej nie utrzymamy narzuconego tempa.

W tej metodzie liczy się rytm oddechu, krok, kolejne metry. Cel to najbliższe 100 metrów. Zakręt. Obecny kilometr. Nie ma nic poza tym. Jeżeli głowa ze strachu zaczyna negocjować cel ostateczny, pomaga też przejrzenie stanu ciała – żadnej kontuzji, przegrzania słonecznego czy zawrotów głowy, znaczy nie ma zagrożenia. Węgle i woda są dostarczane zgodnie z planem. Tempo też jest takie jak miało być.

Skupienie wraca więc na wybijanie rytmu. Bo nawet jeśli teraz jest ciężko – to nie znaczy, że coś jest nie tak i należy zwolnić.


Lęk przed kontuzją

„Coś zaczyna boleć, pewnie się pogłębi i doznam kontuzji, a potem na długo wypadnę z treningu.”

Ból wysiłkowy jest traktowany jako potencjalna kontuzja, co prowadzi do analizowania każdego kroku i zwalniania tak na wszelki wypadek. Niekiedy te obawy pojawiają się jeszcze przed startem. Poprzeczka jest wtedy stawiana bardzo nisko.

Tego typu myślenie dotyczy w dużej mierze osób, które już kiedyś doznały uszkodzenia ciała podczas aktywności fizycznej. Jeżeli wykluczenie z treningów mocno dało się we znaki, to pobicie własnego rekordu na kolejnych zawodach może być obarczone zbyt dużym kosztem odnowienia się kontuzji. Aby temu zapobiec, cel stawiany jest na tyle nisko, aby się nie przeforsować.

Obserwuję, nie panikuję.

Niech to wybrzmi jasno – wszelkiego rodzaju urazy należy najpierw wyleczyć. Inną sprawą jest natomiast nadmierny lęk w momencie, kiedy nie ma już przeciwwskazań do większego wysiłku. Ból związany z dyskomfortem biegu czy jazdy jest inny niż sygnały ostrzegawcze z ciała w przypadku nadwyrężenia jakiejś konkretnej partii. I wbrew pozorom właśnie osoby, które już raz to przeszły, lepiej rozumieją gdzie leży granica – o ile odróżnią prawdziwe objawy od wyolbrzymienia spowodowanego strachem.

A jeżeli faktycznie pojawi się kontuzja – to nie porażka. Prawdziwa siła to wiedzieć, kiedy odpuścić. Żeby móc wrócić mocniejszym.


Sport to zdrowie – również mentalne

Długotrwały intensywny wysiłek fizyczny obnaża nasze największe słabości. Dzięki temu widać wyraźniej, co jest obecnie głównym wewnętrznym hamulcem.

Z drugiej strony przełamywanie własnych barier i przesuwanie limitów daje ogromny zastrzyk pewności siebie, zwiększenie własnych kompetencji i siły. Również tej mentalnej. To przekłada się na odporność psychiczną, także w innych obszarach życia niż sport.

A co do obaw podczas wysiłku. Strach jest tylko wskazówką do tego, gdzie leży kolejna przeszkoda do pokonania. Nawet z lękiem, nieidealni i nie zawsze w pełni możliwości – stawiamy się na miejscu gotowi podjąć wyzwanie. A to już świadczy o czymś niezłomnym w nas samych. Pokonałeś wszystkie wymówki – daj więc sobie za to odrobinę uznania.

Kto korzysta na tym, że w siebie wątpisz?
Bo na pewno nie TY.


Nie podcinaj swoich własnych skrzydeł.


Komentarze

Zostaw odpowiedź